English
Deutsch

10 lutego 2012-Święto św. Scholastyki

Świętej Scholastyki

 

Oz 2,16b.21-22;

Ap 19,1.5-9a

Łk 10,38-42

 

Po­trzeba (mało albo) tylko jednego (Łk 10,42).

 

Czego zatem potrzeba? Czym jest to „mało" albo to „jedno"? Jeżeli jest to rzeczywiście tak mało, to dlaczego tak trudno to osiągnąć? Dlaczego tak bardzo musimy się trudzić na świecie i przeżyć wiele niepowodzeń, cierpień, rozczarowań...?

 

Przyjrzyjmy się samej scenie z Ewangelii. Pan Jezus i Jego uczniowie są w gościnie w domu przyjaciół Łazarza, Marty i Marii. Łazarz zasiada jako gospodarz z gośćmi. Marta stara się zaradzić wszystkim potrzebom, a Maria siedzi u stóp Pana Jezusa wsłuchana w Jego głos. Marta zdenerwowana nieco na swoją siostrę, że nic nie pomaga w całej pracy, chce ją upomnieć. Jednak nie prosi siostry, nie wystarcza jej zwrócenie siostrze uwagi. Marta chce bardziej wyraźnego potwierdzenia swojej słusznej pretensji do Siostry, dlatego odwołuje się do Mistrza, Pana Jezusa: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usłu­giwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła (Łk 10,40). Na to pytanie otrzymała, ku swemu zdziwieniu, napomnienie:

 

Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a po­trzeba (mało albo) tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10,41n).

 

Czyżby Pan Jezus popierał lenistwo lub brak wrażliwości Marii na potrzebę pomocy jej siostrze? Z pewnością nie o to chodziło Panu Jezusowi. Maria niewątpliwie powinna pomóc swojej siostrze. Więc dlaczego takie napomnienie skierowane do Marty?

 

Pierwsze czytanie Pomoże nam w zrozumieniu sensu wypowiedzi Pana Jezusa. Prorok Ozeasz zrozumiał, że więź człowieka do Boga polega na miłości i do jej opisana chyba jako pierwszy użył obrazu miłości oblubieńczej. Bóg mówi jak oblubieniec o oblubienicy: chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2,16). Ale po co chce ją przynęcić na pustynię? Ozeasz mówi dalej:

 

I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie (Oz 2,21).

 

Otóż Maria siedząc u stóp Pana Jezusa słuchała Jego słów całą sobą, czyli słuchała je sercem. I to właśnie jest owa najlepsza cząstka, której Maria nie będzie pozbawiona - słuchanie sercem.

 

Na innym miejscu Ozeasz mówi o więzi Boga z człowiekiem: Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń (Oz 6,6). Pan Jezus powtarza te słowa dwukrotnie w Ewangelii według św. Mateusza napominając faryzeuszy, aby nie potępiali i nie odrzucali innych. Bóg pragnie miłosierdzia. Pragnie je okazywać, ale też pragnie, abyśmy i my mieli w sobie miłosierdzie wobec innych.

 

Dzisiaj wspominamy św. Scholastykę, jak mówi tradycja - bliźniaczą siostrę św. Benedykta. Znamy ją z jednej sceny, jaką opisuje w Dialogach św. Grzegorz Wielki. Dzięki modlitwie ze łzami sprowadziła ona burzę i ulewny deszcz, który spowodował, że św. Benedykt musiał pozostać u niej na noc i dzięki temu mogli rozmawiać do świtu o sprawach Bożych. Święty Grzegorz podsumowuje całą scenę zdaniem: „I jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała" (Dial. II,33,5). Tak było i w scenie z Ewangelii Maria więcej umiłowała, przylgnęła sercem do Pana.

 

A czy Marta nie mogła przez posługę równie mocno przylgnąć do Pana? Wydaje się, że mogła. Jej problem polegał na tym, że uległa naturalnej pretensji, w której zawierało się osądzenie siostry, a ponadto chciała dla swojego sądu otrzymać potwierdzenie ze strony samego Pana Jezusa. Brakło w niej miłosierdzia.

 

Nie przypadkiem u proroka Ozeasza jest mowa o pustyni: chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić. Niewielu z nas będzie miało okazję pójść na prawdziwą pustynię i pozostać tam dłużej. Ale nie o to chodzi. Tradycyjnie taką pustynią jest klasztor, który jest miejscem odsunięcia się od świata i jego atrakcji. I jest takim miejscem właśnie po to, aby Bóg mógł przemówić do serca i wejść z człowiekiem w zażyłą więź. Ale taką pustynią jest każde doświadczenie, nawet w najbardziej aktywnym życiu, kiedy człowiek czuje się osamotniony. Właśnie takie doświadczenie przeżywała Marta. Czuła się porzucona przez swoją siostrę. Niestety nie wytrzymała tego doświadczenia i uciekła w pretensje.

 

Dla każdego z nas, niezależnie od naszego miejsca w życiu, od tego, czy żyjemy w małżeństwie, czy w klasztorze, czy jesteśmy samotni w świecie, prawdziwym warunkiem spotkania się z Bogiem jest przyjęcie doświadczenia pustyni. Wtedy dopiero otwiera się serce na słuchanie prawdziwego słowa Bożego. Inaczej pokusa upartego realizowania swoich planów, wyobrażeń nieustannie nas pokonuje.

 

 

1 Krl 11,29-32.12,19
Mk 7,31-37

 

Pan wiele razy wzywa nas do słuchania: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha (Mk 4,9; też: 4,23; 7,16), a czasem wręcz wyrzuca nam brak słuchania: Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? (Mk 8,18). Nasza wiara, jak pisze św. Paweł, rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (zob. Rz 10,17). Umiejętność słuchania jest bardzo istotna w życiu wiary. Jeżeli widzimy, że brak nam prawdziwej wiary, to znaczy, że jesteśmy głusi. I niestety często tak jest w naszym życiu. Przypominamy owego głuchoniemego, którego przyprowadzono do Pana Jezusa.

 

Warto przyjrzeć się temu, co Pan Jezus z nim zrobił: wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Otwarcie uszu odbyło się na osobności, z dala od tłumu. Jest to znamienne. Słowo Boże dociera do nas indywidualnie jako słowo Boga do nas osobiście skierowane. Dopiero wówczas, gdy w ten sposób je usłyszymy, naprawdę zaczynamy słyszeć. Słuchanie w tłumie, czy może lepiej z tłumem, daje co najwyżej przeżycie czegoś, jakiś zachwyt, zdumienie się nad zjawiskiem, podobnie jak to miało miejsce w Ewangelii: I pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę (Mk 7,37). To zdumienie jednak niczego nie dało samym słuchaczom. Pozostali w zewnętrznym zadziwieniu, które nie miało żadnego wpływu na przemianę serca. I tak można patrzeć i nie widzieć, słuchać i nie słyszeć do końca życia pozostając w zadziwieniu, przeżywając wszystko jako widz. Dlatego właśnie Pan Jezus mówi świadkom tego cudu żeby nikomu nie mówili (Mk 7,36) o tym. Rozpowiadanie świadczy o zewnętrznym, sensacyjnym przeżywaniu tego, co się dzieje. Słowo i znak nie przemawiają wówczas prawdziwie do samego serca.

 

Łukasz dwukrotnie pisze o Najświętszej Marii Pannie: Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu (Łk 2,19 i 51). To jest postawa prawdziwego słuchania, słuchania sercem. Aby usłyszeć prawdziwie konieczne jest jednocześnie rozważanie w sercu, czyli jakiś namysł, wewnętrzny dialog z Bogiem. Tutaj leży sedno sprawy: przed kim stoimy, przed tłumem, czy przed Bogiem, który przemawia w głębi serca?

Wydaje się, że największym problemem wiary dzisiaj jest zrobienie z niej ideologii, czyli doktryny, nauki, którą oficjalnie głosimy i innym podajemy, natomiast sami w istocie kierujemy się w swoim życiu innymi zasadami i wartościami, czego najczęściej sobie nie uświadamiamy. Gdybyśmy bowiem sobie zdali z nich sprawę, to byśmy się przerazili i być może to przerażenie stałoby się początkiem nawrócenia. Ale właśnie ideologiczne przeżywanie wiary, racjonalizacja pozwala nam ciągle siebie mamić, utrzymywać mniemanie, że jesteśmy wierzącymi. Możliwe jest to przed wyobrażonym tłumem, przed którym stoimy i przed którym się usprawiedliwiamy. Natomiast nie jest to możliwe, gdy stajemy przed Bogiem żywym, gdy prawdziwie otwieramy serce. Ono nam powie prawdę, ale ta prawda wymaga odwagi przyznania się do własnych ucieczek, pozorów, lęków, słabości i grzechu prawdziwego, a nie tylko formalnego.

 

Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić (Mk 7,34n). Kiedy prawdziwie otwierają się nasze uszy serca, kiedy stajemy przed Bogiem żywym i słuchamy Go, dopiero wówczas możemy prawidłowo mówić, mówić prawdę o sobie i o świecie. Wcześniej nasza mowa jest podszyta obroną siebie, lękiem o swoją reputację, o to, by dobrze wypaść, przez co zamykamy się na prawdę.